Czy ssanie smoczka „ćwiczy buzię”? Obalamy mit
„Niech ssie smoczek, ćwiczy buzię” — to jeden z popularniejszych mitów. Wyjaśniam, dlaczego ssanie smoczka nie wzmacnia mowy i czemu warto myśleć o jego ograniczeniu.

„Niech ssie, przynajmniej buzia mu się ćwiczy” — słyszę to w gabinecie zaskakująco często. To jeden z popularniejszych mitów logopedycznych. Wyjaśnię, dlaczego ssanie smoczka nie tylko nie ćwiczy mowy, ale często jej nie sprzyja.
Co rzeczywiście robi ssanie smoczka?
Ssanie to ruch typowy dla niemowlęcia. Język leży nisko, wargi obejmują smoczek. Im dłużej trwa, tym mocniej utrwala niski wzorzec pracy języka i niedojrzały sposób połykania. To nie trening dorosłej mowy.
Dlaczego to nie ćwiczy mowy?
Mowa wymaga zupełnie innych ruchów niż ssanie — uniesienia języka, precyzyjnej pracy warg, kontroli oddechu. Ssanie smoczka tych ruchów nie ćwiczy. Zamiast tego utrwala układ, z którego dziecko powinno wyrastać.
- Smoczek utrwala niską pozycję języka.
- Sprzyja niedojrzałemu połykaniu.
- Może wpływać na ustawienie zębów i zgryz.
- Bywa powiązany z seplenieniem międzyzębowym.
Czy smoczek to zło?
Nie. U najmłodszych dzieci spełnia ważną rolę — uspokaja i wspiera odruch ssania. Problem zaczyna się, gdy używanie smoczka przedłuża się po pierwszych urodzinach i staje się stałym towarzyszem dnia.
Smoczek to nie wróg, ale i nie „trener mowy”, jak głosi popularny mit. Jeśli zastanawiasz się, jak długie ssanie wpłynęło na buzię Twojego dziecka, jako logopeda w Gorzowie Wielkopolskim chętnie to ocenię. Zadzwoń: +48 515 044 247. — Pani Ewa Fyda, logopeda.



